Mardi… – czyli przestałam się dziwić

Po południu
Przestałam się dziwić. Właściwie to nie wiek, kiedy, ale po prostu przestałam. Nie wiem, czy dzięki temu jestem doroślejsza czy mądrzejsza, a może wręcz przeciwnie, ale to pewnie kolejny etap moje drogi.

Z rana znów popsuło się auto, w drodze do żłobka… Dobrze, że są ludzie gotowi mam pomagać i niekoniecznie są z rodziny. Tak w ogóle miedzy mną, a Mężem lepiej, ale jego podejścia zostawia wiele do życzenia… Dobiło mnie to popsute auto, nad którym ileś siedział w sobotę i wczoraj – żeby zaoszczędzić. Dla mnie to takie fałszywe oszczędzanie, skoro nie jest skuteczna naprawa, zwłaszcza, że w tym samym czasie można robić inne, milsze rzeczy, nie mówiąc o potrzebnym odpoczywaniu. Drobny szczegół techniczny.

Do tego zadzwoniła dziś ciocia Klocia, która powiadomiła mnie, że Tygrysek nazwała Prosiaczka „nienormalną”, bo tak mamusia mówi… Dostało mi się i słusznie, ale rozumiem, ze Tygrysek tak miała dość Prosiaczka, że jej tak nagadała, bo skoro jej przeszkadzała i zabierała, ale muszę jej wytłumaczyć, że się tak nie mówi, zwłaszcza przy „ludziach”… Zresztą trudno określić co jest normą, normalnością, a co nią nie jest…

Wieczorem
Właśnie siadłam do kompa. Internet znów chodzi jak żółw, albo raczej żółwiczek, ale działa, więc jest do przodu. Mąż niedawno wrócił. Nawet mnie nie ruszyło to, że na pytanie dotyczące naszego punta, odpowiedział, że w sumie to niewiele zrobił, bo musiał dopilnować malowanie dachu u mamusi…Bo młode chłopaki nie wiedzą, jak lakier rozrabiać i trzeba im wszystko pokazać… Ja naprawdę nie mam nic przeciwko, tylko na co to komu, pytam… Wprost się zapytałam Męża, a kto tam będzie mieszkał, a on na to – no my… A ja mówię – pierwsze słyszę… i temat skończony. Auto dalej niesprawne, nasze sprawy sobie czekają, zresztą ja też dzisiaj miałam ciężkawy dzień i ciężkawe ruchy… Odwołali Prosiaczka rehabilitację, wiec jazda do ośrodka odpadła. Odebrałam Tygryska i Prosiaczka, po drodze zahaczyliśmy o plac zabaw. Ma odebrała Maleństwo ze żłobka, trochę posiedziała z nami, oczywiście bez pustych przebiegów – sprzątnęła wczorajsze pranie, które ledwo co miało szansę wyschnąć ;-) . Robiłam Prosiaczkowi neurostymulację wg Masgutowej – chyba dzisiaj wyjątkowo dobrze mi wyszła, bo usnęła… Ale potem musiałam ją obudzić, bo w nocy, by nie spały a obudzony Prosiaczek to zły Prosiaczek….

Była u nas Tygrysica ze swoją mamą Żyrafą – dziewczynki trochę się pobawiły, zawsze jakaś odmiana, choć widzą się codziennie w przedszkolu. Tygrysek jest spragniony towarzystwa równorzędnych partnerów do zabaw – rówieśników, którzy nie są agresywni w działaniu. Jej mama opowiadała o skokach na dużym basenie na ostatnich zajęciach – no nie wiem, czy Tygrysek by się odważyła – mam nadzieję, że wreszcie uda mi się z nią iść na ten basen – to sprawdzimy, jak sobie poradzi…

Aha, oto mój cytat z Biblii na dzisiaj:

2 Kor 4, 17 Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasugotują bezmiar chwały przyszłego wieku.
Od paru dni ta piosenka chodzi za mną: [URL="http://www.youtube.com/watch?v=_7c9kbvsjjq"] http://www.youtube.com/watch?v=_7C9KbvSJJQ[/URL] … Chyba obecnie jestem większa fanką HEY i Kasi Nosowskiej niż byłam kiedykolwiek…

Jestem bardzo wdzięczna, do bólu, pewnie aż za mocno. A życie nie może polegać tylko na wdzięczności. Ja kocham moje dzieci i Męża i to jest poza wszelka dyskusją. Pewnie nie zawsze potrafię im to okazać, za rzadko mówię, ale staram się to nadrabiać, zwłaszcza po urodzinach Maleństwa i po śmierci szwagierki… Nie jestem idealna, nigdy nie byłam i nigdy nie twierdziłam, że jestem. Jestem sprawiedliwą choleryczką, która przede wszystkim pragnie równowagi w swoim własnym mikroświecie… Nie chcę mieć zawału jak mój Tata i nie tłamszę w sobie emocji. Robię źle, bo czasem wyładowywuję to na ludziach (brak worka treningowego), ale u mnie to jest tak, że wyładuję się i wracam do punktu wyjścia, akumulatory ładuję i wciąż mogę od nowa być cierpliwa. Z natury nie do końca i nie we wszystkich sprawach umiem być cierpliwa. Przychodzi mi to z trudem, co innego z konsekwencją, którą mam wrodzoną. Czasem w stosunku do moich dzieci czuję się jak trener, teraz mniej, ale oglądałam zdjęcia z pierwszych urodzin bliźniaczek… Mój wygląd to była jedna wielka masakra: smutna, brzydka, zmęczona, zaniedbana, nieszczęśliwa… Nie wiem, czy gorzej się czułam, czy wyglądałam. Ja wciąż walczę z wyrzutami sumienia.z tym, że dziewczynki urodziły się 10 tygodni za wcześnie… Czas tego faktu nie zmieni, robię wszystko, by zmazać tamte winy podczas ciąży, ale nie jest to możliwe do końca…I tak czuję się WINNA i nikt nie dobija mnie tak dobrze, jak ja sama siebie. Jestem swoim własnym gestapowcem, dlatego tak trudno mi zachować równowagę. Nie tłumaczę się z tych słów, które powiedziałam czy też napisałam, bo właśnie tak jest. Jednym z założeniem tego bloga było właśnie pisanie prawdy, albo przemilczanie jej z pewnych przeczyn.

Łatwiej jest u innych zobaczyć pewne rzeczy niż u samego siebie dostrzec to, co dla innych jest oczywiste. Ja się nauczyłam w swoim życiu, tego by nie oceniać, no nic nie jest czarno-białe ani takie, że się nam wydaje, że jest… Kiedyś byłam skora do pochopnych osądów, ale częściowo wyleczyłam się z tego. Ale jednocześnie jestem wdzięczna za konstruktywną krytykę, która mobilizuje, a nie dobija… Ja sama jeszcze nie nauczyłam się sztuki takiej krytyki, gdyż nie miałam od kogo… Ale jeśli ktoś mi bliski robi źle, również staram się mu powiedzieć, że nie tędy droga. Na tym polega przyjaźń i chyba najzwyklejsza uczciwość, na którą mało kogo dzisiaj stać… Niby wszystko zależy od puntu widzenia, ale czy na pewno…
Aha, powiedziałam od razu o tym zdarzeniu Mężowi, bo nie ma się czym chwalić, ale lepiej, żeby usłyszał to ode mnie. I wiecie co powiedział: a nie mówiłam Ci, że tak będzie. A wiec on jest rozgrzeszony, bo swój obowiązek wypełnił, bo mi powiedział, że mam tak nie mówić. Bo to niby rozwiązuje problem, bo on mi powiedział… A to, że go nie ma lub jest zmęczony i więcej czasu z naszymi dziećmi spędzają inni, to już drobny szczegół techniczny.

Aha, miałam rozmowę z Tygryskiem – chyba pojęła istotę sprawy, cóż muszę być dla niej lepszym przykładem. No i regularnie wciąż robię brzuszki – i ku mojemu zaskoczeniu widać i to cieszy.
Pozdrawiam serdecznie…

Wpis opublikowaliśmy 28 czerwca 2011

lundi – pracująco…

Po południu
Pierwszy dzień w pracy po ponad 2 tygodniach nieobecności… Brakowało mi tego, choć może trochę w innym wydaniu, no ale taka kolej rzeczy.
Dzieci taka sobie grzeczne. Byłam z dziewczynami u logopedy, teraz siedzimy w domu, ale mają obiecane jeszcze wyjście na dwór. Przed chwilą wyszła mama do domu, która odebrała Maleństwo ze żłobka. Dziś był odbiór wyniku jej tomografii – jest w porządku, a więc problemy z jej pamięcią wiążą się przede wszystkim z długotrwałym stresem… Zaraz muszę wstawić obiad na jutro i zrobić pranie – pewnie nie jestem wyjątkiem ;-) . Na jutro przewiduję szczawiową z ziemniakami.
Tyle jest we mnie wątpliwości, dylematów, a tym samym blokad i zahamowań, że szkoda gadać – ciekawe, czy jestem osamotniona w tym sposobie myślenia, czy też jest typowe, tylko niektórzy po prostu boją się przyznać do tego, że na przykłada boja się coś komuś powiedzieć w obawie przed reakcją… Ja wiem, że to jest głupie, ale jeszcze nie wypracowałam systemu, by żyć inaczej. Tyle pracy przede mną.

Wieczorem
Od jakieś czasu mam subskrypcję na facebooku „Werset Biblii dla… na każdy dzień”. Oto dzisiejszy cytat: [URL="http://apps.facebook.com/biblianakazdydzien/cytat/42"][/URL]

Jk 2, 22 Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie.

W rodzinie Męża, oprócz rzeczy, które mi się nie podobają, są też takie, które „przejęłam” i jestem z tego zadowolona. Otóż, jest to samodzielne robienie tortów śmietanowych z owocami. Robimy je wspólnie z Mężem i roku na rok udoskonalamy, modyfikujemy, aby smakowały jak najlepiej i wyglądało jak najładniej. Oto te torty z kolejnych urodzin dzieci.

Tort na pierwszy roczek bliźniaczek

Tort na dwa latka bliźniaczek

Tort na trzecie urodziny bliźniaczek

Tort na czwarte urodziny bliźniaczek

Tort na piąte urodziny bliźniaczek

Tort na szóste rodziny bliźniaczek

Tort na roczek Maleństwa

Mąż wrócił po 21, auto podobno naprawił, ale pewnie przede wszystkim zajmował się dachem swojej mamusi. Nawet nie chce mi się już tego komentować.
Trzy prania wiszą już na balkonie. Dzieci od dawna śpią. Zrobiłam z Prosiaczkiem masaż, Tygrysek popisała, pobawiłam się z Maleństwem, trochę pooglądały telewizor, pograły na komputerze, pobawiły się i malowały kredkami. i Tyle. Obiad na jutro gotowy. Mam bierze Prosiaczka i jadą na rehabilitację, ja odbieram Tygryska z przedszkola, a Maleństwo ma odebrać mój tata. Kładę się, książki czekają ;-) , choć wolałabym, aby kto inny czekał.

Wpis opublikowaliśmy 27 czerwca 2011

Solis czyli niedzielnie

Po południu
W naszych relacjach impas. Maż wstał wcześniej ode mnie i wziął się za kuchnię (po wczorajszych wekach pochował naczynia, przelewał rosół, umył kuchenkę itp.), uszykował (tylko sobie) i zjadł śniadania (wczoraj też tak zrobił). Wstałam, ogarnęłam dzieci, siebie, pokoje, naszykowałam im i sobie śniadanie (jogurt z musli) i poszliśmy do kościoła. Też było poprawnie, ale milcząco. Wczoraj co prawda nie spał na dywanie, bo jak się w nocy przebudziłam, to leżał na łóżku…
Dzisiaj wybieramy się na wycieczkę rodzinną, odpuszczamy ostatnią lekcje basenową Tygryska, bo pogoda jest taka sobie – tzn. na razie się trzyma, ale jak będzie potem to zobaczymy. Maleństwo po wczorajszych wojażach ma katar i chyba znów bolą go zęby – dostał ibum, wapno i rutinaceę i teraz śpi, mam nadzieję, ze obudzi się w lepszym nastroju…
Wygląda na to, że u moich znajomych jest lepiej – mam w każdym razie taką nadzieję. Z jednej strony, to zazdroszczę im tej pasji w związku i o tego, ze nauczyli się rozmawiać, nawet o rzeczach trudnych… A u nas jest jak jest. Po kościele Mąż układał z Tygryskiem puzzle – przestrzenną – taką kulę przedstawiającą konie, a ja z Prosiaczkiem trochę pograłam w literkowo na komputerze…
Teraz pojechał zatankować i sprawdzić to nasze auto, bo wciąż działa jak działa. No nic, miłego dnia – pozdrawiam…

Wieczorem
Byliśmy na rodzinnej wycieczce – sporo pospacerowaliśmy. Ćwiczymy przed sierpniowym wyjazdem w góry ;-) . Atmosfera między nami wciąż drętwa. Dobrze, że byliśmy większą grupą na tym wypadzie, to cisza nie była głośna. Poza tym, trzeba było stwarzać pozory… Idę się kąpać z książką ;-) … Dzieci najedzone, nakarmione, wykąpane, w 2/3 śpią… – Maleństwo słucha ze mną muzyki – [URL="http://www.youtube.com/watch?v=a6e9lmsgupu&feature=related"]http://www.youtube.com/watch?v=a6E9lmSguPU&feature=related[/URL] . Dziewczyny zmęczone padły. Jutro praca, przedszkole, żłobek, a potem logopeda. Tańce się skończyły, więc popołudnie wolne. Pranie wstawione, zaraz trzeba będzie rozwiesić. Taka moja rzeczywistość.

Właśnie rozmawiam przez gg, choć kolejny tom książki czeka, bo jeden już przeczytałam w wannie… Najbardziej z tej rozmowy rozbawiło mnie określenie Męża, jako „hotelowy konserwator” – coś w tym jest ;-)
Dobrej nocy.

Wpis opublikowaliśmy 26 czerwca 2011

Saturni

Wieczorem
Tak naprawdę ciężki dzień. Mąż na własne życzenie spał na podłodze – przykryłam go tylko kocem… Z rana próbowałam z nim rozmawiać i tu muszę przyznać udało się trochę porozmawiać. Teraz do mnie dopiero dochodzi jak trudnego człowieka wybrałam sobie za Męża… Ale powiedziałam mu co myślę na temat jego zachowania – oczywiście uważa, że on ma rację, np. zwracając mi uwagę, a ja się czepiam… Ciężki orzech do zgryzienia. A jeśli dodać do tego atmosferę jego rodzinnego domu i panujący w nim układy, to obraz staje się jaśniejszy, choć niekoniecznie napawający optymizmem…
Dzień miał wyglądać inaczej, częściowo plany pokrzyżował mój Mąż, częściowo pogoda. Życie… nie ułatwia mi podejście mojej mamy, ale ja nie mogę przecież ciągle żyć miedzy młotem, a kowadłem, tylko na własny rachunek. Z rana w domu ugotowałam obiad, Mąż naprawił kontakt i kran, potem pojechaliśmy do apteki, aby kupić jakiś paralek na prezent (Tata mnie prosił, a Mąż miał to zrobić wczoraj, ale zapomniał), a potem do teściowej. Była 11, koło 13 mieliśmy jechać do parku rozrywki, do którego dostaliśmy na dzisiaj bilety, ale Maż był zajęty dachem, a właściwie pilnowaniem ludzi, co czyszczą dach, a potem spadł deszcz, co uniemożliwiło działania na dachu, więc zajął naszym samochodem, który znów się psuje… Nie wiem, ile czasu poświęcił, ale okazało się to czasem straconym, bo nie naprawił… W tym czasie ja była z dziećmi w domu, pogoda była już średnia, wiało, coś tam pomogła teściowej, wysłuchałam jej tych samych narzekań i tyle…Nie powiem, załapaliśmy się na obiad (a nasz czeka na jutro). Potem w końcu pojechaliśmy do tego parku, ale pobyliśmy tylko trochę, bo zaczęło padać, ale wkrótce przestało (ale nawałnica przeszła…), więc jeszcze podjechaliśmy po truskawki… Dżem już w słoikach ;-) – robiliśmy wspólnie, ale zaprzęgłam też do pracy Tygryska – niech się dziewczyna uczy roboty…

Teściowa mnie wybitnie irytuje… Mogłam tam nie jechać, jak inni nie jeżdżą, ale uważam, że jesteśmy rodziną i chcę więcej spędzać czasu cała rodziną, nawet jeśli jesteśmy zajęci różnymi rzeczami. Moja teściowa przeczy sobie – z jednej strony gada o śmierci, użala się nas sobą, a z drugiej zainicjowała malowanie dachu domu, w którym mieszka sama, coś u kupnie węgla znów wspomina. A dom ten należałoby sprzedać i kupić jej mieszkanie w blokach. Bo tak to inni są od roboty… No, ale tego nikt na głos nie powie, tylko jej dzieci przytakują i robią… Dobrze je sobie wychowała. Tylko żadne z tych dzieci dziwnym trafem nie ma udanego życia rodzinnego – ciekawe dlaczego… W sumie Mąż to i tak chyba najbardziej z nich się odciął, a i tak często tam bywa… Cóż jedni mają tyko oczekiwania i roszczenia wobec świata…
Cóż koniec tych wynurzeń, ciekawe co w sobotni wieczór „miłego” jeszcze powie mi Mąż, a może się zaskoczę…

Wpis opublikowaliśmy 25 czerwca 2011

Veneris – prawie weekendowe

Rano
Internet działa, jakby nie działał. Na razie działam w kuchni, potem ogarnięcie, a w między czasie masaże Prosiaczka. Wczoraj do swojego konta mogę dołożyć dłuuggi spacer z jeszcze dłuższymi pogaduchami. Wnioski konstruktywne?? – Każdy z nas ma swoją historię i sprawy, którymi musimy się mierzyć, a przecież tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono… Wiem, że się powtarzam, ale pisząc, też sama sobie o tym przypominam. Jest we mnie tyle złości i niezadowolenia, że muszę sobie sama to poukładać, nazwać pewne rzeczy po imieniu, bez kamuflażu i odkryć sama przed sobą, gdzie tak naprawdę tkwi mój problem: z zapanowaniem nad emocjami, agresją słowną i frustracją. Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że jestem sama ze swoim kłopotami, a Mąż żyje obok i daje mi dobre rady, nie tykając głębi tych spraw, bo: nie mam czasu, jestem zmęczony lub źle się czuje.. Na moje propozycje odpowiada „nie”, albo rób jak chcesz…

Po południu
Ale ten czas szybko mija. Niewiele zdołałam zrobić (pewnie to mój osąd subiektywny),a już przed 14… Dwa prania zrobione, ugotowane, pookurzane, Prosiaczek zjadła i teraz ogląda minimini. Wcześniej się ładnie bawiła, a potem prawie dwugodzinna terapia wg Masgutowej. Ja właśnie sobie zrobiłam kawę, aby zebrać myśli… Koło 15 mają przyjść goście od netu. Łazienka wciąż czeka na gruntowe sprzątanie, choć już dziś trochę powyrzucałam.

Pomimo wszystko nie chcę być na linii strzału pomiędzy znajomym małżeństwem – to nie tylko ich problem, ale w ogóle mój i mojego Męża też – kłopoty z komunikacją, a do tego dochodzi wyścig pod tytułem „kto ma racje”, a „kto jest winny”. Takie wyścigi to bardziej męska domena, ale nie ma niewinnych… Trudno jest w obecnych czasach stworzyć udany związek, mieć szczęśliwą rodzinę – świadczy o tym liczba singli, rozwodów czy nieformalnych związków.. Trzeba spróbować inaczej – zacząć od początku: pierwszego listu św. Pawła do Koryntian…

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

Nic więcej mądrzejszego napisać się w tej materii nie da… Trzeba zawsze zacząć zmieniania świata od siebie. I tego się trzymajmy – miłego dnia ;-) .

A to znalazłam ostatnio na facebooku i bardzo mi się spodobało – utrafione , że tak powiem…

Wieczorem
Maleństwo śpi – nie spał w żłobku, wiec teraz padł szybko, ale wcześniej zdążył nam dopiec: najpierw się z radości obrzygał, a potem żałośnie płakał, a potem się złościł na cały świat. Rodzice odebrali Maleństwo i Tygryska, a potem pojechali do domu, aby coś zjeść… Potem znów przyjechali: mam poprasowała koszulę (7-8?) i resztę prania, a tata poszedł najpierw z Tygryskiem, a potem z Prosiaczkiem na rower. Teraz dziewczyny oglądają tv, a ja zjadłam kolację. Męża jeszcze nie ma. Jest dzisiaj znów w kiepskiej formie, a na dodatek pojechał do swojej mamy – w sumie to nie wiem, co u niego, bo po pracy nie dzwonił…Jest przed 19, a jego nie ma…Można powiedzieć życie i iść dalej, ale czy to na tym polega, aby się ciągle mijać???

Ciemne chmury nad moim związkiem… Znów się wszystko wali… Om traktuje dom jak hotel i uważa, że ma do tego prawo.. Próbowałam z nim porozmawiać, ale znów bezskutecznie. Szykują się wakacje, czyli mój dwumiesieczny pobyt z trójką dziećmi w domu, a on jest obok tego. Zachowuje się tak, jakby miał to gdzieś… Ja wiem, ze miłość jest cierpliwa i nie unosi się gniewem, ale do tanga trzeba dwojga. W każdym razie pobytu u mamy nie służą mojemu Mężowi – może powinien na jakiś czas rzeczywiście zmienić adres zamieszkania. Może byłby szczęśliwszy, albo z dystansu obejrzał sobie nasze postępowanie. Ja wiem, że we mnie jest dużo gniewu, ale to się równoważy z innymi emocjami. Nazywam problem po imieniu, nie udaję, że go nie ma, nie zasłaniam się tym, że jestem zmęczona… Nie wiem, czy przeszkadza mu to, że wychodzę do ludzi, albo że czytam czy siedzę przy kompie, ale co ja mam robić jeśli albo on śpi, albo ogląda telewizję… Naprawdę nie wiem co zrobić, znów powracająca fala obojętności nas zalewa… Chcę zaplanować wakacje, jest sprawa samochodu, wyjazdu, myślałam o zakupie trampoliny dla dzieci, trzeba kupić dodatkowe taborety, bo nie wszyscy mają na czym siedzieć,przydałaby się większa szafka na buty, który mamy coraz więcej, wcześniej on wspominał coś o malowaniu, trzeba zadzwonić do stowarzyszenia, dowiedzieć się, czy faktury doszły. Trzeba zacząć załatwiać sprawy z utworzenia nowego subkonta dla Prosiaczka w ramach fundacji „Zdążyć z pomocą”… Czas cieknie nam przez palce, a sprawy tkwią w martwym punkcie… Bezsilność mnie przytłacza – znów nie wiem, jak zmusić go do rozmowy, by otwarcie powiedział o co właściwie mu chodzi…
Idę się kąpać – relaks w wannie jest dobry na wszystko…
Skoro miłość przetrzyma wszystko, to ja przetrzymam te jego humory, tylko za jaka cenę…
Dobrej nocy.

Wpis opublikowaliśmy 24 czerwca 2011

Iovis – świątecznie

Wieczorem
Rano pospaliśmy, potem na biegu śniadanie i do kościoła, a potem do mojego Taty. Wcześniej Tygrysek narysowała laurkę w imieniu swoim i rodzeństwa i wręczyła ją Mężowi. Potem wróciliśmy od moich rodziców i odpoczywaliśmy, choć nie było to do końca pozytywne. Potem obiad, na cmentarz do Taty Męża, a potem do siostry Męża, tej co miała zawał. Była tam też mama Męża. Potem wyskoczyliśmy „polansować się” na mieście – jakieś lody i niedawno wróciliśmy. Szkoda, że w tym wszystkim brakuje serdeczności, bliskości i znów najczęściej wspólnie milczymy, ani nie wyrażamy uczuć w żaden inny sposób, no chyba, że znużenie czy zniechęcenie. Mam nadzieję, że to przejściowe…

Wpis opublikowaliśmy 23 czerwca 2011

Mercuri – i już środa

Rano
Obiad ugotowany, ciasto też upiekłyśmy z Prosiaczkiem. Teraz ćwiczymy neurostymulację. Wciąż problemy z netem – ale dla chcącego ;-) … Odezwę się później – miłego dnia!

Po południu
Te ćwiczenia z Prosiaczkiem mnie wykańczają – czuję się jak po jakieś walce… Przekąsiła małe co nieco i idziemy na rower i do biblioteki, bo wciąż jestem na etapie „pożerania” książek, a więc muszę sobie co chwila dostarczać „świeżych przekąsek” dla duszy ;-) . A przy okazji przyjemne z pożytecznym, bo Prosiaczek pojeździ na rowerze.
Okazuje się, że Prosiaczek była szczepiona na różyczkę (tak mi się wydawał), więc chorobę przechodzi wyjątkowo łagodnie. Wieczorem muszę się wziąć wreszcie za przygotowanie sekwencji z Opola…Przydałoby się wreszcie wybrać trampolinę do domu do skakania dla dzieci i poczytać książek pani Masgutowej, bo z tego skryptu nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe… Mąż znów ma wrócić późnym wieczorem – być może później pojedziemy z dziećmi na działkę do mojej mamy… Wczoraj miałam jeszcze dodatkowy spacerek z M. – chrzestnym Maleństwa – wykupiony karnet wraz z pakietem dyskusyjnym, a po powrocie do domu zwalczyłam prasowanie – zostały mi „tylko” koszule Męża… Trzymajcie się wszyscy utrudzeni… – co prawda pewnie w większości Was nie znam, ale to nie zmienia faktu Waszego istnienia gdzieś tam…

Wieczorem
Wróciłam niedawno z basenu – dziś byłyśmy wcześniej niż zwykle, a przez to krócej – cóż, fajnie, ale za mało ;-) … Choć bolą mnie plecy, nogi i ręce. Nie wiem, czy się tak naprawdę nadwyrężyłam – miałam nawet nadzieję, że po basenie będzie mi lepiej… Jutro święto, więc zamknięte i basen by nam przepadł. Była z Prosiaczkiem na rowerze – radzi sobie naprawdę nieźle, porównując z zeszłym tokiem (rok jeżdżenia na rotorze procentuje :D ).Potem byłyśmy w bibliotece i na chwilę odwiedziłam mamę, by zaplanować resztę popołudnia. Potem pojechałyśmy do domu – zjadłyśmy obiad i na nogach po Tygryska do przedszkola, a potem z dziewczynami na działkę, gdzie czekała na nas mama z Maleństwem. Było tam całkiem, całkiem – krew się nie polała ;-) . Potem wróciliśmy do domu, przed 19 przyjechał Mąż, a potem ja wyskoczyłam na basen. Kładę się, nie mam siły już myśleć. Byli goście od netu – nasz net będzie sprawny koło piątku, a teraz korzystamy gościnnie z innych sieci. Mąż znów się zachowuje średnio miło, nie wiem czy to związane jest z pracą czy zupełnie czymś innym… Dobrej nocy!

Wpis opublikowaliśmy 22 czerwca 2011

Martis – drugi dzień tygodnia

Rano
Znów nie ma Internetu – od wczorajszego wieczoru. Cały dzień był net, a wieczorem koło 20 jak przyszedł Mąż zauważył, że nie ma. Ja cały czas przy kompie nie siedzę, więc nie wiem dokładnie kiedy to się stało, a komputer był cały czas włączony. Maleństwo wczoraj wcześniej padł, więc nikt z listwy nie resetował całego sprzętu.
Obiad ugotowany – do zupy dołożyłam ziemniaków i ze trzy łyżki kaszy manny, aby koperkowa była gęstsza. Usmażyłyśmy wspólnie z Prosiaczkiem racuchy – początki w kuchni nie były najłatwiejsze, ale jest coraz lepiej.
Właśnie poodkurzałam, bo choć wczoraj to było robione, to po pierwsze dzieci jadły paluszki, a po drugie zapomniałam odkurzyć jeden pokój – komputerowy, tam gdzie śpi i ma swoje zabawki Maleństwo. Dywan ten to właściwie wykładzina podłogowa dla dzieci z miastami i drogami, aby autka miały po czym jeździć, więc brudu to w sumie nie widać… Oczywiście Ma to zauważyła i stwierdziła, że nie szanuję tego co oni nam kupili… To się nazywa dorabianie ideologii i tyle, bo ja po ludzku ominęłam tej pokój, bo oglądała Prosiaczek bajki i się spieszyłam…
Prosiaczkowi apetyt dopisuje – za dwóch lub trzech – nie ma jeszcze 10, a zjadła już dwa śniadania: kiełbasę na gorąco (oczywiście bez chleba) oraz racucha z nutellą. Jedzenie tego drugiego dłużej jej zeszło jak to z mącznymi rzeczami w jej przypadku bywa, no ale dała radę. Właśnie myje ręce i bierzemy się za neurostymuację według wskazówek Masgutowej…
Z rana byłyśmy jeszcze w sklepie i muszę przyznać, że jej zachowanie „robi się” coraz normalniejsze. Bardzo mnie to cieszy. To takie światełko w tunelu, które jest znacznie większe niż dotychczasowe. Ja wiem, że ona jest nierówna, ma upadki i wzloty. Ale to co widzę, wywołuję tzw. banana u mnie na buzi i nic na to nie mogę poradzić. Na łzy przyjdzie jeszcze czas. Miłego dnia Wam życzę – przede mną i Prosiaczkiem ze dwie godziny ćwiczeń – mam nadzieję, że obie damy radę.

Wieczorem
Wybieram się do bratowej, aby wrzucić post na bloga, a przy okazji zobaczyć prezent kupiony tacie na dzień ojca – ja dla Męża nie ma nic przygotowanego – może jutro coś wymyślę. Festyn udany, choć zachowanie tym razem Tygryska było momentami irytujące, ale potem zorientowałam się o co chodzi – otóż Tygrysek miała problem, bo Prosiaczek dostała książki i dyplom na zakończenie przedszkola, a ona nie… A jej zachowanie było gorsze niż Maleństwa czy Prosiaczka razem wzięte – robiła wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę – płakała, smuciła się i robiła na siłę szum wokół siebie. Mąż znów się źle czuje i jest zmęczony. Zaczyna mnie to wkurzać, bo ileż można…

Właśnie wrzucam posta z kompa brata – u nas wciąż nie ma neta…

Wzięłam Tygryska i na rowerze w ramach sportu żeśmy do nich podjechali – w końcu bliziutko mamy. Maleństwo usnął w ciągu chwili, bo nie spał w żłobku, a Prosiaczek jeszcze się bawiła jak wychodziliśmy… Dobrej nocy Wam życzę – do następnego razu ;-) .

Wpis opublikowaliśmy 21 czerwca 2011

Lunae – poniedziałek po łacinie

Po południu
W telegraficznym skrócie: Prosiaczek ma różyczkę, mamie udało się zrobić już dzisiaj tomografię – wynik za tydzień (dałam jej namiar tam, gdzie realizują to szybciej, bo w innym szpitalu w trybie „pilnym” miałaby na koniec lipca…).
Biorę się za Prosiaczka – a dokładnie za robienie jej terapii według Masgutowej, w końcu muszę jakoś efektywnie spędzić kolejne 5 dni zwolnienia. A lepiej jest jak istnieje jakiś konkretny cel działania.
Wreszcie posprzątałam, choć pewnie do końca nie wiadomo po co, ale prasowanie sobie czeka ;-) na lepsze jutro, a pranie czeka na lepszą pogodę.
Miłego dnia – trzymajcie się.
Biorąc pod uwagę, ile je Prosiaczek, żadnej choroby po niej nie widać… No i całe szczęście – solidny, godzinna stymulacja wykończyła bardziej mnie niż ją – hantle, hantle, hantle, bo nie mam siły w rękach i zaczynam znów czuć kręgosłup… Może dziś uda mi się znów wyskoczyć na basen – we’ll see.
Ma ma odebrać Maleństwo i Tygryska,a potem idę (lub jadę rowerem) z Tygryskiem na tańce – to ostatnie zajęcia w tym roku szkolnym. A co potem – się okaże. Biorę się dalej za stymulacje Prosiaczka, bo co Cię nie zabije…

Wróciłyśmy z tańców – Tygryskowi coraz lepiej idzie jazda na rowerze. Szkoda, że ja wciąż mam za mało cierpliwości, ale się uczę. Prosiaczka nosi w domu – już jej się nudzi, chyba po prostu włączę jej bajkę. Jestem wreszcie wstępnie umówiona z Paf – zobaczymy, co tym razem wyjdzie z naszego spotkania…

Dziewczyny sprzątają u siebie w pokoju, o obiecałam im minimini. Maleństwo płacze – leży w przedpokoju i się żali, bo został przez Tygryska wyrzucony z ich pokoju, bo szkudzi. One coś miedzy sobą gadają, robią – pewnie bardziej robi Tygrysek, ale to właśnie ona goni Prosiaczka…
O – cisza – Maleństwo zauważył już włączony telewizor i poleciał oglądać bajkę do dużego pokoju do bliźniaczek. Chwila dla mnie. Zaraz wstawię pranie – od rana tego nie robiłam, bo pogoda nieszczególna. No, ale cały weekend nie było prane, więc się uzbierało… Prasowanie schowałam przed mamą, dzięki temu pobawiła się z dziećmi, a nie spędziła godziny przy desce. Powinnam zrobić ciasto na jutrzejszy festyn do przedszkola – zrobię chyba to moje drożdżowe a brzoskwiniami , na to jeszcze drożdżowe, a na wierzchu dużo kruszonki z wiórkami kokosowymi. Skoro się umówiłam z Paf, muszę ciasto zaraz piec, żeby na jutro rano było gotowe i żeby nie siedzieć do nocy, bo i po co ;-) – no chyba, że będę sobie znów czytać. Mam pożyczoną autobiografię Ahathy Christie – co prawda nie jestem jej fanką, ale taką książkę chętnie poczytam. Dzis skończyłam drugi tom sagi fantastycznej „Czwarty wymiar”, a następnych tomów nie ma w bibliotece.

Męża jeszcze nie ma – miał być dłużej w pracy, a potem jeszcze wybierał się do kolejnej… Podobno znów czarne chmury zawisły nad moim bratem Juniorem – a więc mama ma znów kolejny powód, by nie spać po nocach… Cóż powód znaleźć można, ale czy jest to warte, by zarywać noce, niszczyć sobie zdrowie. Co ma być, to będzie…

Wpis opublikowaliśmy 20 czerwca 2011

Sonntag – życie pisze swoje scenariusze

Wieczorem
To był do pewnego momentu udany dzień. Dopóki po południu Prosiaczkowi nie wyskoczyły krosty na całym ciele, a po ok. 4 godzinach, temperatura 38… Potem już dzień przestał być miły. Jeszcze jak usłyszałam głos mamy – musiałam do niej zadzwonić, aby dowiedzieć się jak jutro przyjmuje lekarz w przychodni, to w ogóle się podłamałam (bardzo słaby, zmęczony, podłamany – według Męża oczywiście dorabiam ideologię)…

To był super dzień, bo mój Prosiaczek coraz częściej zachowuje się jak prawie normalny 4-latek i to prawie tym razem nie stanowi dużej różnicy, poza tym, ze ma skończone 6 lat. Zaczęła zadawać dużo pytań, uśmiecha się, jest kontaktowa, coraz chętniej rysuje, maluje i jest częściej obecna. Tygrysek z nią teraz więcej się bawią i wreszcie robią to wspólnie, dochodzi do interakcji i ich rozmowy to naprawdę coś dla mnie pięknego…Boję się Prosiaczka chorób, bo każdej wirusowej następował zawsze okropny regres, a potem potrzeba dużo czasu, aby znów wyjść na prostą. Na dodatek we wtorek jest zakończenie roku szkolnego i festyn dla dzieci w przedszkolu. A dla Prosiaczka to rzeczywiste zakończenie nauki przedszkolnej… No, ale zdarza się – wiem…
Zresztą między Bogiem,a prawdą, wzięła nurofen i nie wygląda ona teraz na chorą… No, ale taka jej uroda.

Cieszę się, że udało się, że Prosiaczek pójdzie do tej szkoły do zerówki, bo będzie indywidualnie się uczyć, a ona lubi robić różnych rzeczy. A wczoraj się dowiedziałam, że organ prowadzący wczesne wspomaganie zdecydował, ze zajęcia dla dzieci autystycznych muszą odbywać się zgodnie z rozporządzeniem ministerialnym, a wiec 4-8 godzin terapii miesięcznie, a nie np. 8-12 godzin tygodniowo, tak jak to było do tej pory… Tym samym będzie przyjętych więcej dzieci, ale ilość kosztem jakości, to niekoniecznie dobre rozwiązanie. Tym bardziej należy sie cieszyć z tych minionych dwóch lat intensywnej terapii, a teraz to, że psim swędem udało sie załatwić jej indywidualną zerówką, to nic innego jak opieka opatrzności i życzliwych ludzi. Prawdziwe zrządzenie losu…

Zobaczymy, jak minie noc, a rano Tygrysek do przedszkola, Maleństwo do żłobka, a my z Prosiaczkiem do lekarza. W miedzy czasie mam się zorientować o tą tomografię dla mamy.
Trzymajcie się – udanego wieczoru…
Takie zdarzenia powodują, że momentalnie tracę siłę i „wątek” – zaczyna boleć mnie oczywiście głowa. Muszę zebrać myśli – rozpisać na grafach jak mawia mój Mąż i do przodu…

Wpis opublikowaliśmy 19 czerwca 2011

pragnienia duszy tęsknoty serca

Zobacz koniecznie!